Upragnione urządzenie

Chciałem napisać upragniona waga… Ale to byłoby lekkie przegięcie. Owszem, waga, ale w sensie – urządzenia. Dzisiaj, według gazetki promocyjnej pewnej sieci handlowej – nie wiem, czy wspominać nazwę… W Irlandii bym ją polecił, w Polsce trochę gorzej… Oczywiście to moje prywatne odczucia. W każdym razie, niech tam, w Lidlu, miały być wagi. Marki SilverCrest, co niewiele mi mówiło, ale za to potrafiące zważyć do 180kg! No cóż, nie było wyjścia, należało kupić – szczególnie, że dotychczas ważenie nie bardzo mi wychodziło, bo nie było na czym. Przeciążałem nawet wagę w pewnej klinice weterynaryjnej, a ta potrafiła zważyć do 200kg.
Ktoś powie – idiota. Skoro przeciążałem wagę 200 kg to po co kupować 180 kg? Otóż dlatego, że się odchudzam! To informacja dla tych, co na przykład czytają bloga po raz pierwszy od tego wpisu. No i cóż, liczę na to, że wkrótce ta waga dla mnie zaśpiewa innymi słowami niż tylko „Przeciążenie!” – bo póki co, tak właśnie jest…

Body Mass Index

Brzmi groźnie!
A cóż to jest? Body Mass Index, w skrócie BMI, to po prostu wskaźnik masy ciała. Przelicza się go w ten sposób, że masę w kilogramach dzielimy przez wzrost w metrach podniesiony do kwadratu. Mało skomplikowane działanie, każdy może je sobie na kalkulatorze wykonać. Albo zapisać jako formułę w Excelu. Moje BMI… No cóż, to prawie siedemdziesiąt na początku mojej przygody z odchudzaniem się. A od czterdziestu robią operacje na NFZ… Ale o operacjach kiedy indziej.
W każdym razie BMI jest dosyć niedokładne, na przykład takiemu kulturyście, BMI pewnie wykaże otyłość olbrzymią, a facet ma mniej tłuszczu niż zabiedzony przedszkolak. Dodatkowo nie wolno stosować tej skali dla dzieci do lat 14, stosujemy siatkę centylową. No ale na moje potrzeby – daleko mi do kulturysty – to powinno wystarczyć.

Dobry dzień!

Dzień dobry! Dobry dzień!
A nawet – bardzo dobry. Właśnie się dowiedziałem, w firmie, w której pracuję, że chętni dostaną kartę sportową, z której możemy korzystać na bardzo wielu obiektach sportowych. No, mam niedaleko do dwóch basenów, sauny i paru siłowni.
Koniecznie będę musiał skorzystać!
Jak już kupię klapki na siebie i jakieś kąpielówki… A to nie jest proste w moim przypadku, oj nie jest.

Spacerkiem na ćwiczenia

A w zasadzie – ćwiczenia pod postacią spacerku. Mój lekarz rodzinny powiedział mi kiedyś, że jedyne ćwiczenie fizyczne, na jakie mogę sobie pozwolić, to basen. Ale z basenem różnie bywa, raz – że kosztuje i to wcale nie mało, dwa – że pochłania sporo czasu… Bo to dojazd, bo to coś tam. Wiadomo, grubas się tłumaczy.
W każdym razie, zdecydowałem się na spacery.
Nie, że jakieś bardzo dalekie. Dla 99,9% z Was zabrzmi to wręcz śmiesznie – zdecydowałem się spacerować jakieś… No, żeby nie skłamać, 50 metrów. Wbrew pozorom, jak na mnie, to spore osiągnięcie. Przed rozpoczęciem diety miałem problem z przejściem 10 metrów. No, z tymi 50 to też mam… Duży problem, kiedy wracam to dyszę i padam na pysk, ale z dnia na dzień idzie mi coraz lepiej. Będzie dobrze!

Co to za dieta w ogóle?

No właśnie, co to za dieta.
Ogólnie rzecz ujmując, jest to dieta 1200 kcal. Czyli kilokalorii. Dziennie. I ani kalorii więcej. Tak plus minus. Przede wszystkim dbam o zrównoważenie diety tak, aby organizm dostał wszystkie potrzebne składniki diety, mikroelementy i tym podobne. A żeby zaczął wreszcie przepalać sam siebie – to dostaje mniej, niż wynosi dzienne zapotrzebowanie. Ja organizm mam dosyć duży, sporo w nim jeszcze mięśni z zamierzchłej przeszłości, stąd wybór 1200 kilokalorii a nie jakiś inny. Cóż, pożyjemy (a jest szansa!), zobaczymy.

Jak się ważę?

No, chwilowo, to w ogóle się nie ważę. Z prostej przyczyny – nie znalazłem odpowiedniej wagi. Za rozsądną cenę. Pojechałem nawet do pewnej kliniki weterynaryjnej, gdzie waga umożliwia „posadzenie obiektu” do 200kg. No cóż, okazało się, że to o wiele za mało. Potem się dowiedziałem, że można było jechać na dworzec, tam bodajże do ćwierć tony i to by zapewne wystarczyło… Według moich obliczeń, bardzo ostrożnych i nie uwzględniających tego, że na początku traci się więcej kilogramów, zaczynam z pułapu ~ 240 kilogramów. To dużo. To nawet bardzo dużo. Jak mogłem do tego dopuścić? No cóż, w dużym skrócie – moja sprawa.
Ważne jest, że zacząłem coś z tym robić.
A motywację mam bardzo silną.
A tak poza tym, to dzisiaj dzień zwycięstwa!
A ja się odchudzam już od [dzien-diety] dni…

Ale wracając do ważenia się. Jak już będę mógł się zważyć na normalnej wadze (poluję na taką do 180kg chociaż), ważenie będzie przebiegało następująco – po obudzeniu się mam godzinę na toaletę poranną tudzież inne ablucje a następnie, w samych slipkach, staję na wadze. I moim oczom ukazuje się wyrok, mam nadzieję, że regularnie skracany.

Zaczynam swoją przygodę

A więc, decyzja podjęta, rozpoczynam odchudzanie się. Nie jest to fanaberia modelki, która waży 45kg a chciałaby 41kg. Ważę prawie ćwierć tony! Mam małego, dwuletniego synka, i postanowiłem dożyć momentu, kiedy zaprowadzę go do szkoły i pójdę na pierwszą w życiu wywiadówkę. Synku, Twój tata będzie żył. A skoro dwóch lekarzy, zapowiedziało mi rychły zgon, jeśli czegoś ze sobą nie zrobię – no cóż, postanowiłem coś zrobić. Tak więc… zaczynamy…
A żeby się umotywować jeszcze lepiej, to robię to publicznie. Może komuś swoim przykładem pomogę?
Ważę obecnie [waga-dzisiaj], a moje BMI to [bmi]. Z tego poziomu zaczynamy.
Dzisiaj, piątego maja, 2014 roku, zaczynam swoją przygodę z odchudzaniem a jednocześnie walkę o życie i sprawność fizyczną. Trzymajcie kciuki.