Długi dzień

Dzisiaj mam bardzo dużo pracy i prawie na nic nie mam czasu. No cóż, bywają takie dni, że nie ma czasu taczek załadować.
Na drugie śniadanie zjadłem sobie nektarynkę pokrojoną na plasterki i wypiłem kubek maślanki czekoladowej. Och, ta odrobina słodkości naprawdę dużo daje. Łącznie to około 160kcal.
Obiadek (na zdjęciu), to prawdziwy majstersztyk kuchenny – risotto z brązowego ryżu. Niby ten brązowy ryż jest bardziej kaloryczny, niż biały, ale plusy przeważają nad minusami. Ma więcej błonnika, co ważne, a także mikro- i makro-elementów. Ryż wymieszany z wędzonym kurczakiem i mieszanką warzyw, przyprawiony szczodrze chili. Ponoć wspomaga to spalanie tłuszczów nasyconych, ale nawet jeżeli nie, to i tak zawsze lubiłem jeść na ostro. Łącznie jakieś 400kcal.
Podwieczorek lekki, serek wiejski z rzodkiewką i koperkiem, co łącznie dało 175kcal.
A na kolację raczyłem się sałatką z tuńczykiem i jajkiem, co kosztowało mnie w okolicach 220kcal.

Zapiekanki!

No, to się doczekałem śniadanka! Prawie, podkreślam – prawie, jak za dawnych, tłustych lat. A konkretnie to był jeden wielki liść sałaty, na tym dwie kromeczki chleba pełnoziarnistego, na nich wędzona pierś z kurczaka – bez skóry oczywiście, to bardzo ważne. Przykryte to zostało 20g sera Gouda z więcej niż kleksem ketchupu. A na zakąskę – papryki żółte i czerwone, posypane przyprawami ziołowymi. Całość – 350kcal. Palce lizać!

A dzisiaj weselej

No, od razu lepiej. Może sukces nie jest specjalnie oszałamiający, ale już jestem po ważeniu. A dlatego już, że musiałem bardzo wcześnie wstać i zasiąść do pracy… Więc spokojnie minęła godzina od pobudki, zdążyłem zrobić toaletę, popracować i tak dalej. No ale czas przejść do rzeczy – [waga-dzisiaj]! Jasne, było już mniej, ale strasznie się bałem po wczorajszym ważeniu… Na szczęście jest pół kilograma w dół.
No i jeszcze jeden parametr, BMI – [bmi].

Smutno mi, smutno

Śniadanko smutne, bo i ja smutny. I w ogóle, wpis jakoś tak mi się przytrafia dopiero w okolice podwieczorku. Śniadanie, samo z siebie, było przepyszne – kanapeczki ze schabem własnej roboty, do tego pomidorek i ogóreczek. No i kubek kawy, rozpuszczalnej, bez cukru. Z jednej łyżeczki. Co, rzecz jasna, nie chroni przed szklanką wody na początek.
A skąd smuteczek? Ano, dzisiaj waga pokazała mi tyle samo, co przedwczoraj… [waga-dzisiaj], BMI – [bmi]. A to pogorszenie od wczoraj. Jestem [dzien-diety] dzień na diecie i ciągle nie wiem, skąd te wahania. Oby w dół, oby w dół!
Na drugie śniadanie zjadłem nektarynkę i jabłko.
Obiadek to dwa krokiety popite kubkiem barszczu czerwonego.
Podwieczorek – musli w jogurcie naturalnym.
A na kolację zjem dwa faszerowane jajka i dwie kromeczki z masełkiem. Oczywiście specjalnego pieczywka, z chlebkiem to on dużo wspólnego nie ma!
Taki to dzień, niedziela. Niby wszystko dobrze, ale ta waga…

Śledź po japońsku

Śledź po japońsku, a donoś po polsku, jak to kiedyś słyszałem w kabarecie Tey. Pyszna kolacyjka, niewielka, lekka, dająca poczucie sytości. Palce lizać! I tylko 200kcal!

Podwieczorek na słodko

Czwarty posiłek w ciągu dnia, dzisiaj na słodko. Ryż z miodem, z rodzynkami, jabłkami i cynamonem. Od czasu do czasu trzeba zjeść coś słodkiego, prawda? A teraz niespodzianka – ten słodki deserek, to około 180kcal. I dieta dzienna ciągle jest utrzymana w ryzach 1200 – 1400 kcal. To już [dzien-diety] dzień na diecie i czuję się fantastycznie. Dzisiaj zrobiłem sobie jeszcze trzydzieści tak zwanych brzuszków i dziesięć pompek. Muszę przyznać, że powrót do normalnych ćwiczeń fizycznych, jak przed laty, jest niezwykle bolesny.