Nie trzeba się głodzić

Już teraz nikt mi nie wmówi, że aby schudnąć, trzeba się głodzić. Guzik prawda. Naprawdę, nie trzeba się głodzić. Jestem tego najlepszym przykładem. Powiem tak – jem więcej, niż jadłem przed dietą. Zasadniczą różnicą jest ilość pochłanianych kalorii – tych jest kilkukrotnie mniej. Za to dieta jest o wiele bardziej zbilansowana, o wiele zdrowsza – no i powoduje, że organizm grzecznie zaczyna spalać samego siebie.
Waga ciągle leci w dół – to już nie jest niespodzianka. Dzisiejsze ważenie przyniosło rezultat [waga-dzisiaj], BMI: [bmi]. I to kolejny raz, przed odwiedzeniem miejsca, gdzie król piechotą…
Nazwałbym to cudem, gdybym nie miał urazu do cudownych środków odchudzających. Metoda jest jedna – spożywać mniej kalorii, niż zużywa organizm. No i jeść zdrowo.

Polędwiczka ziołowa

Dzisiaj na obiad – polędwiczka ziołowa z ziemniaczkami oraz surówka z pora z dressingiem jogurtowo-majonezowym.
Delicje, że proszę siadać i palce lizać. I tylko 400 kcal!

Jak tak dalej pójdzie

Jak tak dalej pójdzie, to mi entuzjastycznych tytułów zabraknie! Kolejne czterysta gramów w dół, w porównaniu z wczoraj. Dzisiaj ważę [waga-dzisiaj], BMI – [bmi]. I to bez odwiedzania miejsca, gdzie nawet król piechotą i tak dalej! Coś niebywałego, jak to na smacznych, częstych posiłkach, człowiek może chudnąć. Mnie to pasuje!
Na śniadanko zjadłem dwie parówki z odrobiną ketchupu, kawałek papryki i trzy kromki „tektury”. Drugie śniadanko to jogurt z ziarnami zbóż.
Obiad, na zdjęciu, to pieczone udko kurczaka bez skóry i tłuszczu, ryż z boczniakiem i ziołami i surówka z czerwonego buraka.
A na podwieczorek zjadłem świeżego ananasa i arbuza – oczywiście nie całe, nie całe…
A na kolację będę miał zapiekanki, z wędlinką, serkiem i sałatą.
W ilościach odpowiednich, rzecz jasna.
Nie mogę się doczekać!
Choć głodu, muszę przyznać, nie czuję.

Ciągle spada…

Tak mi się coś kojarzy piosenka „Ciągle pada”. Ciągle spada ta waga, choć nie ma już takiego ogromnego skoku, jaki zanotowałem wczoraj. Tym niemniej – ważne, aby ważenie przebiegało w tych samych warunkach… Aby człowiek sam siebie nie oszukiwał. Czy to w tę stronę, czy w tamtą. Bo to różnie bywa z ludźmi. W każdym razie, dzisiaj sto gramów mniej – [waga-dzisiaj], BMI – [bmi].

A na śniadanko zjadłem bułeczkę pszenną 30g, co dało 85kcal, a do niej pomidorek pokrojony w plasterki (60kcal) i dwa jajka sadzone (140kcal). Łącznie dało to około 300 kcal, bo bułeczka była posmarowana masełkiem. Smaczne, pożywne, odchudzające. Czego chcieć więcej?

Niezła waga

No, dzisiaj było radośnie w trakcie porannego ważenia, zaledwie [waga-dzisiaj], BMI – [bmi]. Na śniadanko były pyszne kanapeczki, na drugie śniadanie – jogurt owocowy 0% z musli. Musli są bardzo kaloryczne, więc to była ledwo garstka – 50g. Obiadek macie na zdjęciu – zdjęcie wyszło tak sobie, ale to moja wina. Sam obiad był pyszny. Podwieczorek to parę plastrów kalarepki z kefirem a kolacja – sałatka z mięskiem. Paluszki lizać!
Niestety, dzisiaj nie udało mi się pobiegać. Nie, że nie chciałem – po prostu miałem zbyt obolałe nogi, łapały mnie skurcze. Ale przeszedłem sobie ten dystans spacerkiem, to też dopuszczalne. Ba, nawet wymagane… To ja się wychylam z bieganiem.

Pracowity poranek

Wstałem dzisiaj o 3 rano, bo nie miałem innego wyjścia – praca, praca, praca.
Po godzinie, bo tak ponoć trzeba, zjadłem dwie kromeczki chleba, tak zwanego kartonu, tudzież brystolu.
A na śniadanko pochłonąłem jajecznicę, z parówką i pomidorkiem. Plus kolejne dwie kromeczki!
Coś bym jeszcze zjadł, ale trzeba czekać do drugiego śniadania, trzeba czekać…
Poranna waga [waga-dzisiaj], a BMI – [bmi]. Niby spada, ale już bardzo, bardzo powoli. Z jednej strony dla organizmu to lepiej, ale z drugiej – człowiek tak pragnie efektów… I chcę tego już!

Długi dzień

Dzisiaj mam bardzo dużo pracy i prawie na nic nie mam czasu. No cóż, bywają takie dni, że nie ma czasu taczek załadować.
Na drugie śniadanie zjadłem sobie nektarynkę pokrojoną na plasterki i wypiłem kubek maślanki czekoladowej. Och, ta odrobina słodkości naprawdę dużo daje. Łącznie to około 160kcal.
Obiadek (na zdjęciu), to prawdziwy majstersztyk kuchenny – risotto z brązowego ryżu. Niby ten brązowy ryż jest bardziej kaloryczny, niż biały, ale plusy przeważają nad minusami. Ma więcej błonnika, co ważne, a także mikro- i makro-elementów. Ryż wymieszany z wędzonym kurczakiem i mieszanką warzyw, przyprawiony szczodrze chili. Ponoć wspomaga to spalanie tłuszczów nasyconych, ale nawet jeżeli nie, to i tak zawsze lubiłem jeść na ostro. Łącznie jakieś 400kcal.
Podwieczorek lekki, serek wiejski z rzodkiewką i koperkiem, co łącznie dało 175kcal.
A na kolację raczyłem się sałatką z tuńczykiem i jajkiem, co kosztowało mnie w okolicach 220kcal.

Zapiekanki!

No, to się doczekałem śniadanka! Prawie, podkreślam – prawie, jak za dawnych, tłustych lat. A konkretnie to był jeden wielki liść sałaty, na tym dwie kromeczki chleba pełnoziarnistego, na nich wędzona pierś z kurczaka – bez skóry oczywiście, to bardzo ważne. Przykryte to zostało 20g sera Gouda z więcej niż kleksem ketchupu. A na zakąskę – papryki żółte i czerwone, posypane przyprawami ziołowymi. Całość – 350kcal. Palce lizać!

Smutno mi, smutno

Śniadanko smutne, bo i ja smutny. I w ogóle, wpis jakoś tak mi się przytrafia dopiero w okolice podwieczorku. Śniadanie, samo z siebie, było przepyszne – kanapeczki ze schabem własnej roboty, do tego pomidorek i ogóreczek. No i kubek kawy, rozpuszczalnej, bez cukru. Z jednej łyżeczki. Co, rzecz jasna, nie chroni przed szklanką wody na początek.
A skąd smuteczek? Ano, dzisiaj waga pokazała mi tyle samo, co przedwczoraj… [waga-dzisiaj], BMI – [bmi]. A to pogorszenie od wczoraj. Jestem [dzien-diety] dzień na diecie i ciągle nie wiem, skąd te wahania. Oby w dół, oby w dół!
Na drugie śniadanie zjadłem nektarynkę i jabłko.
Obiadek to dwa krokiety popite kubkiem barszczu czerwonego.
Podwieczorek – musli w jogurcie naturalnym.
A na kolację zjem dwa faszerowane jajka i dwie kromeczki z masełkiem. Oczywiście specjalnego pieczywka, z chlebkiem to on dużo wspólnego nie ma!
Taki to dzień, niedziela. Niby wszystko dobrze, ale ta waga…

Śledź po japońsku

Śledź po japońsku, a donoś po polsku, jak to kiedyś słyszałem w kabarecie Tey. Pyszna kolacyjka, niewielka, lekka, dająca poczucie sytości. Palce lizać! I tylko 200kcal!