Minęły dwa lata

W ciągu tych dwóch lat porzuciłem dietę. Ważę grubo przeszło dwieście kilogramów. Bardzo odczuwa to mój organizm. A mój synek ma już cztery lata. Do dupy. Trzeba coś z tym zrobić. Koniecznie. I to jak najszybciej. Co zrobić? Cóż, rozpocząłem od leczenia się. Bardzo aktywnego. Wracam na bloga, otwieram kanał na YouTube. Grunt, to się nie poddawać!

Nie trzeba się głodzić

Już teraz nikt mi nie wmówi, że aby schudnąć, trzeba się głodzić. Guzik prawda. Naprawdę, nie trzeba się głodzić. Jestem tego najlepszym przykładem. Powiem tak – jem więcej, niż jadłem przed dietą. Zasadniczą różnicą jest ilość pochłanianych kalorii – tych jest kilkukrotnie mniej. Za to dieta jest o wiele bardziej zbilansowana, o wiele zdrowsza – no i powoduje, że organizm grzecznie zaczyna spalać samego siebie.
Waga ciągle leci w dół – to już nie jest niespodzianka. Dzisiejsze ważenie przyniosło rezultat 176,6kg, BMI: 50.5. I to kolejny raz, przed odwiedzeniem miejsca, gdzie król piechotą…
Nazwałbym to cudem, gdybym nie miał urazu do cudownych środków odchudzających. Metoda jest jedna – spożywać mniej kalorii, niż zużywa organizm. No i jeść zdrowo.

Polędwiczka ziołowa

Dzisiaj na obiad – polędwiczka ziołowa z ziemniaczkami oraz surówka z pora z dressingiem jogurtowo-majonezowym.
Delicje, że proszę siadać i palce lizać. I tylko 400 kcal!

Wstałem wcześnie a tu niespodzianka

I to miła! Miła ta niespodzianka, nawet bardzo. Kolejny spadek wagi w porównaniu z wczoraj, dzisiaj to już 177,1kg (BMI: 50.64).
Choć po chwili namysłu wydaje mi się, że może nie powinienem już tego nazywać niespodzianką… Codzienna niespodzianka źle świadczy o mojej zdolności przewidywania. Od dzisiaj niespodzianką będzie, jeżeli przytyję. No, może też za duże słowo. Jak się zdarzy skok wagi w górę.

Jak tak dalej pójdzie

Jak tak dalej pójdzie, to mi entuzjastycznych tytułów zabraknie! Kolejne czterysta gramów w dół, w porównaniu z wczoraj. Dzisiaj ważę 178,4kg, BMI – 51.02. I to bez odwiedzania miejsca, gdzie nawet król piechotą i tak dalej! Coś niebywałego, jak to na smacznych, częstych posiłkach, człowiek może chudnąć. Mnie to pasuje!
Na śniadanko zjadłem dwie parówki z odrobiną ketchupu, kawałek papryki i trzy kromki „tektury”. Drugie śniadanko to jogurt z ziarnami zbóż.
Obiad, na zdjęciu, to pieczone udko kurczaka bez skóry i tłuszczu, ryż z boczniakiem i ziołami i surówka z czerwonego buraka.
A na podwieczorek zjadłem świeżego ananasa i arbuza – oczywiście nie całe, nie całe…
A na kolację będę miał zapiekanki, z wędlinką, serkiem i sałatą.
W ilościach odpowiednich, rzecz jasna.
Nie mogę się doczekać!
Choć głodu, muszę przyznać, nie czuję.